Królewski dystans w Królestwie Danii

Od kopenhaskiego maratonu minął już tydzień, ale moje wspomnienia wciąż są żywe. Było fantastycznie. Nawet lepiej niż się spodziewałam. Nie chodzi mi jednak o czas, bo ten był słabszy od moich wcześniejszych wyników na tym dystansie, ale o atmosferę, wrażenia, ludzi spotkanych na trasie…

11295836_926961764027481_8757906624350626680_n

Zacznijmy jednak od początku, czyli od lutego, kiedy natknęłam się na niedrogi lot do stolicy Danii. Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że akurat w tym terminie ulicami Kopenhagi pobiegnie 12 tysięcy osób, w tym ja. Nie pamiętam nawet gdzie znalazłam tę informację, ale od razu wiedziałam, że nie mogę przepuścić takiej okazji. Udział w Copenhagen Marathon nie należał do najtańszych  (ok 300 zł), ale to w końcu Skandynawia, wszystko jest drogie. Z drugiej strony wystarczy spojrzeć ile kosztuje start w Nowym Yorku i już się czuję jakbym zaoszczędziła.;)

Nasz wyjazd trwał tydzień, a maraton przypadał na przedostatni dzień, wiec wcześniejsze intensywne chodzenie po mieście troszkę odbiło się na kondycji moich stóp. To było oczywiście do przewidzenia, wiec od razu powiedziałam sobie, że nie będę śrubować tempa na rekord, ale przebiegnę się rekreacyjnie, poznam lepiej miasto i będę miała satysfakcję, że ukończyłam królewski dystans w Królestwie Danii. Co prawda w międzyczasie przeszło mi przez myśl, że fajnie byłoby przywieźć nową  życiówkę , ale  kontuzja kolana, której nabawiłam się jeszcze w Polsce podczas  treningu w klubie, pokrzyżowała te plany. Szczęście w nieszczęściu, ból nie był silny  (czułam go w zasadzie tylko przy podskokach, wykrokach i wchodzeniu po schodach), ale wolałam zachować ostrożność i biec w miarę wolno, uważając na długość i siłę stawianych kroków. W efekcie finiszowalam z czasem 4 godziny 16 minut. To jednak nie ma znaczenia, bo nie jestem zawodowcem, a czas poniżej 4 h jeszcze na pewno osiągnę.  Frajda z biegu była za to ogromna. Atmosferę podkręcali dodatkowo kibicujący na trasie Duńczycy i turyści – dopingowali, klaskali, przybijali piątki i nie narzekali, że muszą czekać żeby przejść przez jezdnię.

Trasa poprowadzona została głównymi ulicami miasta, a w niektórych miejscach biegło się kilka razy po tym samym odcinku. Myślałam że takie ,,kręcenie się w kółko” będzie ciężkie psychicznie, ale prawie tego nie dostrzegłam. Zwłaszcza że w najtrudniejszym momencie biegu spotkałam rodaka, który swoją energią zarażał pozostałych biegaczy. Paweł, bo tak ma na imię, przebiegł już kilkanaście maratonów na różnych kontynentach. Biegł w tak pięknych miejscach jak choćby Sydney i tak egzotycznych jak Dubaj, czy Oman. W Omanie zajął III miejsce, wiec naprawdę SZACUN. Powiedział, że dwa razy w sezonie startuje z zamiarem pobicia życiówki, a pozostałe biegi robi dla przyjemności. W Kopenhadze biegł z kolegą, jednak to on zdecydowanie ,,rozwalił system”. Wybaczcie kolokwializm, ale chyba tylko takie określenie pasuje do gościa z biało-czerwoną flagą na plecach, który przez 42 km 195 m biegnie z aparatem fotograficznym w rękach i robi sobie zdjęcia z ludźmi na trasie, wskakuje na murki lub kładzie się na środku drogi dla złapania lepszego ujęcia, a przy tym motywuje innych, ucinając z nimi pogawędki, żartując, dopingując. Mnie to naprawdę pomogło. Co prawda nie czułam skrajnego zmęczenia, ani zbliżającej się ,,ściany”, ale myśli kotłowały mi się wyłącznie wokół tego ile jeszcze do mety. Krótka, może 15-20 minutowa pogawędka z tym pasjonatem przypomniała mi dlaczego ja też to robię, na nowo rozbudziła miłość do biegania. Do mety zostało już tylko kilka kilometrów, które przeleciałam jak na skrzydłach. Mój czas, choć gorszy o prawie kwadrans od zeszłorocznego i tak uważam za sukces. Po przebiegnięciu linii mety nie byłam wykończona, ani nawet szczególnie obolała. Sprawdziłam też międzyczasy i co ciekawe biegłam tak równo, że aż trudno mi było uwierzyć- różnice w czasach pomiędzy poszczególnymi piątkami mieściły się w zakresie 30 sekund.

Leo też się spisał, miał za zadanie dostarczać mi napój i banany w kilku miejscach na trasie. Przemieszczanie się po dopiero co poznanym mieście nie jest łatwe, dlatego muszę go pochwalić, bo całkiem nieźle poszło. Leo korzystał głównie z metra i własnych nóg. Oczywiście sprawniej byłoby rowerem (zwłaszcza w tak rowerowym mieście jak Kopenhaga), ale system ich wypożyczania  nie jest tam tak sprawny jak w Polsce. Zresztą trudno się dziwić, każdy mieszkaniec ma co najmniej jeden własny rower, więc po co używać miejskich (ale więcej na ten temat przeczytacie w osobnym wpisie w środę). Tak czy inaczej, zadanie zostało wykonane, a woda kokosowa, która miała zastąpić izotonik, dostarczona wprost do moich ust. Szkoda tylko, że zabrakło czasu na zrobienie fajnych fotek, ale cóż, nie można mieć wszystkiego…

maratonik

BYŁO SUPER i tak właśnie zapamiętam ten dzień!

Tagged under: ,

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry