I love spinning!… i trochę o rowerach

Na wstępie nawiążę do tego co wczoraj napisał Leo, czyli do ćwiczeń na przystanku autobusowym… Ciekawy sposób na zdrowe wykorzystanie czasu, mało tego dostarcza rozrywki nie tylko wykonującemu, ale również ,,współczekającym”, przypadkowym przechodniom i przejeżdżającym obok kierowcom. Ze względu na bezpieczeństwo tych ostatnich staram się jednak unikać tego typu wygibasów. Przestrzegłam też Leo, bo jako przyszły prawnik, nie powinien brudzić sobie papierów spowodowaniem katastrofy w ruchu lądowym, nawet jeśli zrobiłby to nieumyślnie. Jeśli jednak ktoś mieszka w mniej uczęszczanej okolicy niż Centrum Warszawy

to tego typu ćwiczenia są jak znalazł. A jeżeli ten pomysł do Ciebie nie przemawia, mam inny sposób na uniknięcie tracenia jakże dziś cennego czasu na bezczynne oczekiwanie na autobus – dojeżdżaj rowerem. Ja tak robię od lat i nie wyobrażam sobie, że mogłabym żyć inaczej. Zresztą, każdy kto mnie choć trochę zna, wie że na punkcie rowerów jestem kompletnie zakręcona i jeżdżę niezależnie od pogody (przerwę robię tylko przy potężnych mrozach, ślizgawicy i dużych opadach śniegu). Rowery uwielbiam do tego stopnia, że jak tylko zobaczę cokolwiek co z nimi jest powiązane nie potrafię się nie zatrzymać. Mam zdjęcia rowerów miejskich z każdego państwa w którym dotąd byliśmy,  w Madrycie odwiedziłam wystawę poświęconą tym pojazdom (niebawem wstawię kilka zdjęć i opisów na bloga, bo naprawdę interesujące, oryginalne technologie zastosowano do ich wyprodukowania), a w Sztokholmie wstąpiliśmy do ,,rowerowej” kawiarni – pod sufitem, w oknie, na ścianach – wszędzie wisiały rowery (kawa nie powaliła mnie swoim aromatem, ale atmosfera, klimat tego miejsca – niezapomniane), idealne i takie…moje).

Ku mojej uciesze zima w tym roku okazała się wyjątkowo łaskawa dla amatorów dwóch kółek i przerwa od jazdy była (odpukać) wyjątkowo krótka. Chodzi mi oczywiście o pauzowanie w pedałowaniu po dworze, bo jeśli chodzi o jazdę w ogóle to nie odpuściłam, lecz znalazłam świetną alternatywę – spinning. Fantastyczny sport, który nie tylko pozwala spalić mnóstwo kalorii (podobno nawet 1000 w godzinę, choć myślę, że to trochę przeszacowana liczba), ale także daje niesamowitego kopa energetycznego, satysfakcję, przyjemność i poczucie dobrze wykonanego treningu. Raz spróbujesz, a zobaczysz, że będziesz chciał więcej i więcej, bo spining uzależnia. I to jeden z tych nałogów, z których nie trzeba się leczyć, bo korzyści z niego płynące są nie do przecenienia. Przede wszystkim jest świetnym pogromcą tłuszczu (spala kalorie i podkręca metabolizm), rzeźbi mięśnie łydek, wzmacnia brzuch i plecy, poprawia kondycję i wytrzymałość,  jest też bezpieczny (rower nie obciąża stawów tak bardzo jak np. bieżnia). Ponadto taka dynamiczna jazda w rytmie muzyki nie pozwala się znudzić, co jest nieuchronne przy pedałowaniu na zwykłym stacjonarnym rowerku.

Tak się rozentuzjazmowałam opisywaniem zalet spiningu, że aż zapomniałam napisać co to takiego jest. Co prawda większość z Was pewnie wie, bo ostatnio jest moda na ten sport (na siłowni do której chodzę rowerki do spiningu są zajęte już pół godziny przed zajęciami!), ale jeśli ktoś się jeszcze nie spotkał z tym pojęciem, albo jeśli myśli, że chodzi mi o, noszącą tą samą nazwę, wędkarską metodę połowu ryb drapieżnych, to krótka informacja.

Spinning to trening na specjalnych rowerach stacjonarnych o zmiennej intensywności dyktowanej rytmem muzyki i poleceniami instruktora. Jeździ się w kilku pozycjach(siedząc lub stojąc, trzymając kierownicę w jednym z czterech chwytów). Ważne jest odpowiednie ustawienie roweru i technika – siodełko na wysokości bioder, kierownica trochę wyżej niż siodło, stopy równolegle do podłoża, ściągnięte łopatki i plecy proste, mięśnie brzucha spięte, dłonie na kierownicę, a łokcie dość bliska ciała. Zresztą instruktor już tego dopilnuje , a przynajmniej powinien – mnie na początku wciąż poprawiał, aż mi było głupio, ale już załapałam i prawidłowa pozycja ustawia mi się podświadomie.

Na zakończenie mam dwie rady.  Koniecznie weź ze sobą butelkę wody  i twarde  buty sportowe (tzn. nie tenisówki ani żadne tam balerinki, czy podobne, gdyż stopy są ściśle przymocowane specjalnymi paskami do pedałów, co w nieodpowiednich butach bardzo boli).

Aha… dziewczyny nie bójcie się, że rozrosną Wam się uda, bo choć krąży opinia, że od roweru wyrabiają się strasznie mięśnie to jest ona  mocno przesadzona. Wystarczy spojrzeć na Maję Włoszczowską , której nogi są pięknie wyrzeźbione i szczuplutkie. Leo miał to szczęście, że mógł przekonać się o tym na własne oczy, gdyż będąc na spinningu w klubie w Centrum, zajęcia te prowadziła właśnie nasza mistrzyni. Niestety tylko w zastępstwie za koleżankę. Nie mogę odżałować, że akurat wtedy miałam zajęcia i nie mogłam z nim isć.  Pozostaje mi nadzieja, że taka przygoda też mi się kiedyś przytrafi i potrenuję z jakimś mistrzem…. Może Kamil Stoch poprowadzi? Kto wie, niezbadane są wyroki losu…

2 Komentarze

  1. zajoncu Odpowiedz

    Z tym spinningiem to jest tak że od Ciebie samego zależy ile z niego wyniesiesz, można przepedałować godzinę i nic z tego nie mieć jak się nie dobierze odpowiednio „oporu” , prawdziwa jazda zaczyna się dopiero jak palą uda

  2. Leo Odpowiedz

    Zdecydowanie masz rację. Również uczęszczam na spinning, ostatnio regularnie i stwierdzam, że nie należy bać się tego obciążenia. Jak już będzie źle to po prostu sobie zmniejszasz i tyle, zero tragedii, a w nogi już poszło. Serducho też już wali jak oszalałe.

    Co do spinningu to jeszcze powiem, że sporo pomaga nawiew. Ostatnio miałem rowerek pod klimatyzacją i zmęczyłem się tak samo, ale dużo mniej spociłem.

    Za mną już pierwsza sesja dwugodzinna – to jest dopiero czad ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry