Na zdrowie! Dublin

Wbrew powszechnie panującym opiniom (i wbrew tytułowej sugestii), Dublin to nie tylko puby i spotkania przy piwie lub ewentualnie w barze serwującym fish&chips, ale też miasto, w których jest gdzie zdrowo zjeść i solidnie poćwiczyć. Sport, zwłaszcza ten na świeżym powietrzu to gwarancja szczupłej sylwetki, długowieczności i dobrego samopoczucia, a w Dublinie miejsca do uprawiania wszelkiej maści aktywności nie brakuje. Najlepszym przykładem jest Phoenix Park – jeden z największych parków miejskich w Europie (o powierzchni ponad 700 hektarów), a także Green Collage – park niewielki, za to przepiękny i położony w samym Centrum Dublina.

Pozostając w tematyce sportowej warto wspomnieć o irlandzkich kibicach, którzy w każdy ,,meczowy” wieczór zbierają się w pubach i wspólnie przeżywają sukcesy i porażki swoich faworytów. Szczerze mówiąc trochę im tej kultury kibicowania zazdroszczę, bo choć jak zaznaczyłam we wstępie, Dublin to nie tylko puby, ale nie da się zaprzeczyć, że Temple Bar ma swój magiczny klimat i tętni życiem każdego wieczoru Powiem więcej, nie wyobrażam sobie zwiedzania Irlandii bez wizyty w choćby jednym z tych tak licznych i niepowtarzalnych irlandzkich pubów. I mówię to ja, która piwa nie cierpi i nie pije (spokojnie, nie jestem abstynentką, ale piwo – no way!). Tym razem jednak zrobiłam wyjątek i spróbowałam Guinnessa (produkt made in Irland) podczas emocjonującego meczu Polska-Irlandia. Takie sportowe widowisko nie zdarza się przecież codziennie, a jeszcze obejrzane w irlandzkim pubie to coś co na pewno zapamiętam na długo. Było… wesoło! Atmosfera lepsza niż na stadionie, serio! Hmm… ten męski świat bywa czasem całkiem fajny.

DSC_0117Wracam już jednak do tematu przewodniego, czyli ZDROWEGO jedzenia, o które, mimo wszystko, w Dublinie nie jest trudno. Pozycją numer jeden na liście najczęściej konsumowanych przeze mnie posiłków byłą sałatka z kurczakiem lub rybą. Pomyślisz sobie pewnie teraz: Serio?! Tyle wstępu po to żebyś napisała, że jadłaś sałatkę? Przecież to można zjeść wszędzie. Z jednej strony masz rację, ale sałatki, którymi miałam przyjemność zajadać się w Dublinie nie były tym co serwowane jest w warszawskich barach sałatkowych (przynajmniej tych, z którymi ja się spotkałam). W Dublinie jest kilka miejsc, gdzie można skomponować sobie sałatkę z dowolnie wybranych produktów lub skorzystać z ich propozycji (a te bywają wyśmienite). Najlepsze jest jednak to, że mamy pewność co do składników, ich jakości i świeżości, gdyż wyłożone są w całości, a nie jak to zazwyczaj bywa podziabane na kawałki, wysuszone lub rozpaprane. Wybieramy sobie sałatę (przeróżne rodzaje, od lodowej po rukolę, roszponkę i szpinak), dowolne mięso (np. grillowaną pierś z kurczaka, plastry indyka, wołowinę, wędzonego łososia, krewetki albo tuńczyka), warzywa (m.in. pomidory, paprykę, ogórki, buraki, bataty, brokuły, kalafiora, cebulkę, itd), inne dodatki (jak np jajko, feta, mozzarella czy grzanki) i dressing (od majonezu, przez dietetyczny sos na bazie jogurtu po sok z cytryny czy limonki). Następnie wszystko co sobie zażyczyliśmy zostaje pokrojone na naszych oczach wielkim trzymanym oburącz nożem, wrzucone do miski (na wynos lub na miejscu), polane sosem i dokładnie wymieszane.  Szybkie, pyszne, zdrowe i jak na ichniejsze warunki niezbyt drogie (ok 5-6 euro za standardową porcję).

Jeśli jednak chcemy jeszcze bardziej obciąć koszty to polecam zakup już umytych i pokrojonych warzyw (mix sałat, pomidorki koktajlowe, papryka, cebulka, kukurydza marchewka itp) w jednorazowych plastikowych miskach (dostępne m.in. w Tesco i Dunnes Store), a do tego gotowane i zapakowane piersi z kurczaka (w Dunnes Store paczka = 330 g, czyli dwie i pół średniej sztuki i kosztuje 4 euro) bądź plastry pieczonego indyka (2 euro za 140 g – dostępne w prawie każdym sklepie).

Nie wspomniałam o tym wcześniej, ale mój wyjazd do Dublina (a dokładnie pobyt tam połączony z kursem w szkole językowej) był nagrodą, jaką otrzymałam za zdobycie pierwszego miejsca w konkursie na artykuł o najpiękniejszym mieście na świecie. Napisałam o Barcelonie i tam też miałam jechać, ale ponieważ w stolicy Katalonii mogłabym uczyć się jedynie hiszpańskiego, to zdecydowałam się zamienić miejsce podróży na Dublin. Dlaczego akurat tam? Po pierwsze zależało mi na podszlifowaniu angielskiego, a po drugie Irlandia to jeden z nielicznych europejskich krajów, w którym jeszcze nie byłam. Myślałam też nad Maltą, ale stwierdziłam, że tę wyspę wolę kiedyś objechać samochodem razem z Leo. Mój wybór okazał się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza pod względem pogodowym (czego obawiałam się chyba najbardziej). Przez całe 12 dni, jakie spędziłam w mieście kojarzonym z szarym niebem i wiecznie siąpiącym deszczem, padało dokładnie jeden raz. Może miałam po prostu szczęście, a może irlandzka pogoda to kolejny mit…

Tak czy inaczej, szczęście uśmiechnęło się do mnie jeszcze w jednej kwestii – trafiłam na fantastyczną ,,rodzinę goszczącą”. Cudowna starsza pani gotująca zdrowe, a zarazem pyszne obiady, dzięki którym nie zbankrutowałam. Ryby i mięso na parze, brokuły, sałatki, owoce… wszystko czego dusza, albo raczej ciało, zapragnie! ;) Jedyny minusik, o którym może nie powinnam wspominać, to wielkość porcji… ciężko się było najeść, ale z drugiej strony dzięki temu popróbowała różnych produktów (jak wspomniane wyżej sałatki), które mogę wam teraz polecić.

DSC_0111Oczywiście nie wszystko na te pochwały zasługuje i tak jak zachwalałam sałatki i chude mięso, tak zdecydowanie odradzam jogurty. Na pierwszy rzut oka wszystko jest ok – niewiele kalorii, ciekawe smaki, ale jak wczytamy się w skład to ich dietetyczność wynika z zamiany tłuszczu na różnego rodzaju zagęszczacze, a cukier w formie syropu glukozowo-fruktozowego nawet w najmniejszym stopniu nie został zredukowany. Nie mniej jednak kupiłam kilka rodzajów, żeby popróbować nowych smaków. I to był błąd! Stopień słodkości tych produktów przyprawił mnie o mdłości. Zwłaszcza waniliowy z płatkami czekolady i o dziwo mój ukochany kokosowy, znalazły się w koszu. Staram się nie wyrzucać jedzenie, ale tego dnia jechałam na wycieczkę na klify (Cliffs of Moher – przepiękne!) i obawiałam się, że współpasażerowie autokaru nie byliby zachwyceni, gdybym wmusiła w siebie to słodkie paskudztwo.

DSC_0110Z ciekawszych rzeczy, udało mi się trafić na sklep z makaronami shiratake w kształtach w Polsce niedostępnych (lasagne i penne), a także już w postaci gotowego dania do odgrzania w mikrofali (świetne – praktyczne, błyskawiczne i niskokaloryczne, a przy tym całkiem zdrowe). Jeśli śledzisz naszego bloga to na pewno wiesz czym jest makaron shiratake i jak bardzo go lubię. Dla niewtajemniczonych powiem tylko, że to makaron nie zawierający kalorii, który może być bazą dla wielu fantastycznych potraw.

Dublin blog kolaż 4Podsumowując mój nieco przydługi wywód na temat jedzenia w Dublinie, który opatrzyłam tyloma dygresjami, że główny wątek stracił walor główności (nie mylić z gównością, choć w sumie nie mnie to oceniać), umieściłam kilka zdjęć obrazujących względnie zdrowe posiłki idealne dla niestandardowego turysty (czytaj – dla XSki i jej podobnych) ;)

Dublin kolaż 1Najlepsze i najzdrowsze sałatki w Dublinie! (polecam zwłaszcza sieć Chopped)

Dublin blog kolaż 2Targ produktów regionalnych w Howth – ok. 16 km od Dublina (targ odbywa się co weekend, a dojazd do Howth z Centrum Dublina kolejką DART zajmuje niecałe pół godziny).

Dublin blog kolarz 5Howth położone jest nad samym morzem, a wybór wspaniałych, świeżych ryb w nadbrzeżnych knajpach zapiera dech w piersiach. Ceny niestety też… ale i tak warto się szarpnąć na tę przyjemność ;)

Polski akcent na zakończenie, żebyśmy nie zapomnieli, jak dużo naszych rodaków odkryło już walory Dublina – w duchu wierzę, że nie tylko te ekonomiczne…

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry