Ryga. Najlepszy długi weekend ever!

Czerwcowy długi weekend w Rydze, choć organizowany spontanicznie, okazał się perfekcyjnym wyborem. Wyruszyliśmy w czwartek skoro świt (dosłownie, bo o 4.30 rano słońce dopiero wynurzało się zza horyzontu). Leo trochę obawiał się tej podróży, bo była ona jednocześnie testem nowo-zakupionego auta. Szczęśliwie Foka egzamin zaliczyła na piątkę z plusem. Pierwszy i jedyny dłuższy postój zrobiliśmy w Kownie, które okazało się tak uroczym miastem, że zabawiliśmy tam niemal cały dzień. Klimatyczna starówka, kościół, cerkiew, Zamek Kowieński i Centrum Handlowe Akropolis, wymagają oddzielnego artykułu, dlatego przejdę od razu do Rygi, czyli dnia numer dwa naszej wycieczki.

Położona ponad 560 km (w linii prostej) od Warszawy i 4 godziny jazdy od Kowna, stolica Łotwy to zdecydowanie najbardziej niedocenione miasto jakie dotąd zwiedziłam. Spodziewałam się postkomunistycznego, niezbyt zadbanego miejsca, a znalazłam się w jednej z najpiękniejszych europejskich stolic. Czysta, przestronna, zielona i spokojna Ryga to bez wątpienia idealny kierunek dla każdego kto chce wypocząć w otoczeniu pięknej secesyjnej architektury i bujnej roślinności miejskich parków. Do tego kilka interesujących, niesztampowych muzeów i pyszne jedzenie! Czegóż chcieć więcej?

Do Rygi przyjechaliśmy w nocy z czwartku na piątek i od razu zakwaterowaliśmy się w hostelu. I to jedyny obiekt, o którym nie mogę niestety powiedzieć nic dobrego. No może poza ceną (10 euro/os za noc). Wiem, że za te pieniądze nie powinnam oczekiwać luksusu, ale miałam nadzieję, że będzie przynajmniej czysto. Na szczęście Polak potrafi, więc mając wątpliwości co do świeżości pościeli „powlekłam” poduszę bluzą od Leo i przymknęłam oczy na całą resztę. W piątek wstaliśmy dość wcześnie i od razu udaliśmy się do oddalonego ok 10 km centrum Rygi.

Pierwsze wrażenie – obłędne. Śniadanie na bulwarach z widokiem na budynek Opery, a zaraz potem intensywny tour po muzeach.

Na pierwszy ogień Riga Museum of Decorative Arts and Design. Świetna wystawa czasowa malowanych porcelanowych talerzy i nie mniej interesująca ekspozycja stała poświęcona przedmiotom codziennego użytku zdobionym na przeróżne, oryginalne sposoby.

Kolejnym wyczekiwane przeze mnie miejscem było Muzeum Mody, które choć nie rozczarowało, to też nie powaliło mnie na łopatki. Trzeba co prawda przyznać, że jak na dwie malutkie sale,  eksponatów całkiem sporo, ale niestety w przeważającej części jest to moda chińska. Na plus – możliwość przymierzenia tradycyjnych chińskich szat, sprawdzenia spod jakiego chińskiego znaku zodiaku jesteśmy (jestem koniem :) ). i jak napisać podstawowe słowa w tym niezwykle trudnym języku.

Kolejnym i ostatnim już tego dnia muzeum, było Muzeum Nawigacji i Historii Rygi, które według przewodnika miało pokazywać jak żyli Łotysze w XVIII w, czyli w czasach Świetności tego regionu. Minusem jest opłata za możliwość robienia zdjęć, za to jeśli chodzi o eksponaty to jest tu ich naprawdę wiele. Myślę jednak, że docenilibyśmy to miejsce bardziej, gdyby nie złapał nas wczesnopopołudniowy kryzys związany, jak myślę, z przesytem muzealnymi powierzchniami.

Dalszą część dnia spędziliśmy więc na relaksie w przepięknych ryskich parkach. Wieczorem, czyli tak ok 21.00 udaliśmy się na najlepszy punkt widokowy w mieście, czyli 17-piętro Łotewskiej Akademii Nauk – ichniejszego Pałacu Kultury, również prezentu od „wujka” Stalina. Sporo niższy od naszego, za to w nieco ładniejszym kolorze. Co ciekawe to była najlepsza pora na tę atrakcję, gdyż słońce dopiero zaczynało zachodzić, a różowe niebo wprowadzało wyjątkowo romantyczny nastrój. Podziwianie widoków, zdjęcia i filmiki jakie robiliśmy na górze, zajęły nam niemal godzinę, przez co prawie nas tam zamknęli – winda już nie działała, więc czym prędzej zbiegliśmy po schodach (na szczęście drzwi były jeszcze otwarte).

Drugi dzień w Rydze rozpoczęliśmy od hal targowych (tzw. Rynek Centralny). Cztery ogromne hale o łącznej powierzchni ponad 15 000 m2, są największym tego typu obiektem na świecie (przynajmniej tak twierdzą Łotysze). Jednak nie tylko wielkość, ale przede wszystkim gigantyczny wybór przeróżnych produktów robi wrażenie. Można tu zaopatrzyć się w owoce, warzywa, nabiał, pieczywo, słodycze, mięso i ryby. Moją uwagę przykuły zwłaszcza te ostatnie. Takiej różnorodności wędzonych ryb nie widziałam jak żyję. Co ciekawe trafiłam na kilka gatunków u nas niedostępnych lub tak rzadko spotykanych., że nie było mi dotąd dane ich skosztować.Kupiłam więc po kawałku każdej z nich (wybaczcie, ale nazw nie wymienię, za to poniżej jest dokładna dokumentacja zdjęciowa ;)). Wszystko tak pyszne, że następnego dnia wróciliśmy po zapas do domu. Muszę tu dodać, w ramach ciekawostki, że każda z ryb była dokładnie opisana pod względem wartości odżywczych, czego w Polsce na bazarkach niestety raczej nikt nie praktykuje.

Próżno też szukać u nas kiszonek na ostro i słodko, co jest jednym ze specjałów łotewskiej kuchni. Kapusta pokrojona w kwadraciki i ukiszona w kurkumie, czosnku i chili, bądź w wersji słodkiej z dodatkiem owoców – coś genialnego! Smaczne są też marynowane pomidory, kalafior i marchewka.

Kolejnym smakiem, który trafił w nasze gusta był ciężki, ciemny, lekko słodki chleb na zakwasie  przyprawiany kminkiem, to słynny specjał kuchni na Łotwie i Łotwie. Zdrowy, pożywny i pyszny. Polecam też spróbować białego sera prosto z beczki – dostępny zarówno chudy jak i tłusty. A że warto mogę zapewnić po reakcji Leo, który na co dzień nie przepada za twarogiem, a ten jadł, aż mu się uszy trzęsły.

Po wizycie na targu, idąc za ciosem i nie dając odpocząć naszym kubkom smakowym, odwiedziliśmy Muzeum Czekolady Laima. Ta łotewska marka jest na rynku od 1870 r. i niezmiennie cieszy się dużym uznaniem koneserów słodkości. W muzeum można zobaczyć proces produkcji pralinek, nagrać filmik reklamowy, który potem możemy ściągnąć sobie z ich stronki internetowej oraz wyrobić czekoladkę z personalizowanym napisem na papierku. Będąc jednak w 100% szczera to miejsce to nazwałabym raczej wystawką tematyczną, bo do miana muzeum trudno je zaliczyć – przynajmniej w porównaniu do tego jakie udało nam się zwiedzić kiedyś w Pradze. Tak czy inaczej, czekoladę Laima trzeba spróbować, co zresztą nie będzie trudne, bo dostać można ją na Łotwie chyba w każdym supermarkecie.

Przejedzeni, ale szczęśliwi skierowaliśmy nasze kroki na starówkę, mijając po drodze symbol Litwy, czyli Pomnik Wolności. Nad ryską starówką mogłabym się rozpisywać godzinami, dlatego powściągnę te zapędy i pozwolę Wam w spokoju nacieszyć oko naszymi fotami (zabrzmiało nieskromnie, ale ponieważ w większości robił je Leo, to jestem usprawiedliwiona).

Ostatni dzień naszego wyjazdu przeznaczyliśmy na drobne zakupy na targu i w supermarkecie, muzeum kapeluszy i spacer najpiękniejszymi ulicami miasta,

Jeśli chodzi o sklep to zdecydowanie polecam Centrum Handlowe Stockmann – nie tylko położone w samym centrum miasta, ale też świetnie zaopatrzone.

Z kolei Muzeum Kapeluszy to niewielka, schowana w mieszkaniu w jednej z kamienic przy Vīlandes iela, prywatna kolekcja kapeluszy przywiezionych przez jej fundatora z licznych podróży jakie odbył w ostatniej dekadzie. Cztery pokoje kryją w sobie  kolejno unikalne eksponaty z Łotwy, krajów Bałtyckich, Europy Wschodniej i reszty świata. Aż dziwne, że nie było tam polskiego moherowego beretu…:)

Na koniec zatopiliśmy się w krainie secesji, czyli uliczek z szeregiem przepięknych, stykowych i elegancko wykończonych kamienic, wśród których część to budynki ambasad. W drogę do Polski wyruszyliśmy ok godz.19 miejscowego czasu (u nas to 18.00). Ja większość podróży przespałam, ale Leo dzielnie sącząc kawę i energetyki, dowiózł nas szczęśliwie do domu. Do Warszawy dotarliśmy ok 5 nad ranem, zmęczeni, ale szczęśliwi.

Tagged under: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry