Śledzie, sery i rowery, czyli mój Amsterdam

Amsterdam. Kocham. I nie mam pytań. Miasto-raj. Wszystko czego do szczęścia mi trzeba znalazłam właśnie tam. Ale spokojnie, nie wyprowadzę się do stolicy Holandii. Przynajmniej na razie. Nie mniej jednak mogłabym godzinami rozpływać się nad urokami tego miasta, romantycznymi widokami na kanały nad którymi tańczą pochylone kamienice, wspaniałymi muzeami, małymi klimatycznymi galeriami i sklepikami, nad zapachem coffee shopów unoszącym się w powietrzu i dobrocią mieszkańców. Przeżyłam naprawdę fantastyczny tydzień, ale pora wracać i pora na garść informacji praktycznych, które zapewne bardziej Was zainteresują niż romantyczne wspominki.

Zacznę jak zwykle na sportowo, czyli jak nie trudno się domyślić, jeśli mówimy o Amsterdamie, od rowerów. Już po powrocie z Kopenhagi byliśmy tak zszokowani  (w pozytywnym znaczeniu rzecz jasna) ilością rowerzystów, że poświęciliśmy temu zjawisku osobny artykuł. Jednak to co zobaczyłam w Amsterdamie na głowę bije wspomnienia z Danii. Spodziewałam się oczywiście, że będzie tam sporo rowerów, ale do głowy by mi nie przyszło, ze cykliści stanowią masą dominującą. Zarówno piesi jak i samochody ustępują im miejsca, ścieżki rowerowe są dosłownie wszędzie, a poruszanie się po mieście jakimkolwiek innym środkiem transportu wydaje się być czymś dziwnym. Oczywiście są też tramwaje, autobusy i samochody, ale korzystają z nich chyba tylko turyści, którzy (tak jak niestety ja) nie mogli wypożyczyć roweru. I tu przechodzę do mojego jedynego rozczarowania jakie przeżyłam w Amsterdamie, czyli niemożności wypożyczenia MacBike przez posiadacza karty MasterCard debit. Okazało się, że z tych kart, w razie nie oddania lub uszkodzenia jednośladu, nie mogą sprawnie ściągnąć gotówki. W tej sytuacji jedyną opcją, która mi pozostała było zostawienia kaucji w wysokości 50 euro. I wszystko byłoby ok, gdybym nie zaplanowała, że mój rowerowy dzień przypadnie na przedostatnią dobę pobytu, czyli w czasie mocnych niedoborów finansowych spowodowanych zakupowym szałem na fali zachwytu najpiękniejszym miastem jakie dotąd widziałam (wiem, że to już kolejne miejsce, o którym tak piszę, ale co poradzę, że co rusz wpadam w coraz to ładniejsze  zakątki naszego kontynentu). Tak czy inaczej 50 euro wyłożyć już nie mogłam, a szukanie innej wypożyczalni też nie było mi na rękę, gdyż to właśnie w MacBike miałam zniżkę wynikającą z posiadania I am Amsterdam Card.  I tak moja rowerowa przygoda w rowerowym mieście skończyła się zanim na dobre się zaczęła. Na pocieszenie powiem, że nakupiłam sobie mnóstwo pamiątek związanych z moim ukochanym pojazdem  :)

Z czym jeszcze kojarzy się Holandia? Z tulipanami, wiatrakami, kanałami i serami. I właśnie na tych ostatnich chciałabym się na chwilę zatrzymać. Sery w Amsterdamie to temat rzeka  (nie mylić z „kanałem” ;) ).  Sklepiki z tym rewelacyjnym mleczny przysmakiem zachęcają turystów degustacjami i to tak hojnie, że można nic  nie kupując, najeść się do syta.  Tu miałam napisać, że to żart i że oczywiście przesadzam, ale choć głupio się przyznać, przetestowalam ten sposób oszczędności na drugim śniadaniu. Co prawda nie był to zabieg celowy, po prostu wspaniałe holenderskie przysmaki tak mnie wciągnęły, że spróbowałem po kawałku z każdego, a że rodzajów było tam ze czterdzieści to sami rozumiecie… Takie niewielkie sklepy z serami rozsiane są po całym centrum Amsterdamu, ale najfajniejszy (choć i najbardziej zatłoczony ) to Cheese Muzeum. Poza możliwością degustacji i zakupu poznasz tam trochę historii holenderskiego serowarstwa i ciekawostek związanych z procesem wytwarzania serów,  zobaczysz też przyrządy używane kiedyś do tego procesu oraz replikę największego, rekordowego serowego krążka. A dla spragnionych natychmiastowego podzielenia się swoją lokalizacją ze znajomymi Cheese Museum przygotowało coś działającego na zasadzie fotobudki  (tyle że bez budki) – stajemy przebrani w tradycyjny strój mleczarki przed ścianką z wymalowanym wiejskim pejzażem, a komputer robi nam zdjęcie i wstawia na Facebooka lub przesyła na wyznaczony adres mailowy. Taka tam zabawa, ale turyści się cieszą ;) Wracając jednak do serów, to muszę przyznać że nie spodziewałam się takiego bogactwa, a przede wszystkim tyłu kolorów. Od zupełnie białego przez wszystkie odcienie żółtego, zielonego, czerwonego, aż po czarny (był nawet jeden niebieski).  W dodatku barwy te pochodzą z samych naturalnych składników, zero chemii. Poza serami krowimi  jest też spory wybór serów kozich, a nawet owczych. Pyszności…

sery kolażsery kolaż 2Niestety, choć holenderskie sery nie mają sobie równych, to z ich ilością nie można przesadzać. Pomimo wysokiej zawartości wapnia, sery żółte to też pokaźne źródło tłuszczu – 100 g to aż 40-50g tłuszczu.  I niestety jest to w większości tłuszcz nasycony. Dużo korzystniejszym źródłem tłuszczu w diecie są ryby morskie, a tych w Holandii nie brakuje. Słynny holenderski przysmak, czyli śledzie z dodatkiem cebulki i ogórkiem sprzedawane w ulicznych budkach to mistrzostwo świata. Mówię to ja, miłośniczka wszystkich ryb, poza jedną – śledziem. Skusiłam się tylko dlatego, że wszystkie przewodniki po Amsterdamie rozpływały się nad smakiem tej przekąski. I ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, to było przepyszne. W życiu nie jadłam tak genialnego śledzia. Mało tego, on nie smakował nawet tym co u nas nosi nazwę ,,śledź”. Być może kilku amatorów matiasów teraz się na mnie obrazi, ale nie mogłam tego przemilczeć. Takie śledziowe ,,fileciki na raz” można kupić też w Albim, co wychodzi dwa razy taniej (2.50 euro za 150 gram).

Albert Heijn, przez lokalsów nazywany Albim, to najpopularniejszy supermarket w mieście. Nawet w ścisłym Centrum można bez problemu zrobić zakupy w Albim i to zazwyczaj do 22, a na Dworcu całodobowo. Jeśli chodzi o asortyment to nie można narzekać. Ogromny wybór sałatek, ryb i jogurtów, czyli tego na co zwracam największą uwagę. Ceny klasycznie wyższe niż w Polsce, ale tragedii nie było (porównując do przebitki cen noclegów, artykuły spożywcze wydały mi się nawet tanie). Nieco drożej jest w sklepach sieci Marqt. Ale coś za coś – można kupić mnóstwo produktów ekologicznych, w tym takie frykasy jak kanapki z pełnoziarnistego chleba z dzikim łososiem i rukolą, mleko z orzechów makadamia, niesłodzony jogurt z mleczka kokosowego czy herbata lukrecjowa. Nieprzypadkowo wymieniam właśnie te produkty – wszystkie wypróbowałam i na żadnym się nie zawiodłam. Podobnie zresztą jak na innych artykułach spożywczych w Amsterdamie – dużo produktów dietetycznych, organicznych, eko itp. Widać, ze Holendrzy dbają o zdrowie, a patrząc na ich sylwetki jest na kim się wzorować. Nie zatrzymuję wiec już Was przed komputerem, byście mogli wsiąść na rowery i śladem Holendrów troszkę popedałować ;)

sery kolaż 6sery kolaż 7

1 Komentarz 4 Komentarzy

  1. Ala Odpowiedz

    Bardzo fajny artykuł. Jestem miłośniczką serów i nie mogę napatrzeć się na te piękne zdjęcia :D Szkoda, że osobiście nie mogłam tam być :(

  2. LikeAPro Odpowiedz

    Amsterdam… piękne miasto. :)
    A serka bym się tak nie bał, tłuszcze nie są w cale takie bardzo złe, wiadomo lepiej nie przesadzać, ale od jednego podjedzenia nic się nie stanie… Zresztą zawsze można przecież później to spalić dłuższym spacerowaniem po mieście. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry