Walencja od kuchni, czyli wszystko o Mercado Central i trochę o całej reszcie

Tak jak zapowiedziałam w ostatnim wpisie, dziś znowu zabiorę was w podróż po smakach Hiszpanii, a dokładniej po pysznościach jakie udało mi się spróbować w Walencji. Cztery dni spędzone w tym magicznym miejscu to oczywiście za mało, by doradzać, gdzie zjeść najsmaczniej, ale wystarczy, aby polecić miejsca, które przypadły mi go gustu.

Pierwsze z nich to oczywiście Mercado Central, najstarszy targ żywności w Europie. Zabytkowa, powstała na początku XX wieku hala, imponuje nie tylko rozmiarem, ale przede wszystkim różnorodnością dostępnych w niej produktów. Można kupić tu owoce, warzywa, ryby, mięso, przyprawy, słodycze (również te bez cukru), pieczywo, sery, oliwę…  w zasadzie łatwiej byłoby napisać o tym czego na Mercado Central nie znajdziecie (czyli fast foody i inne śmieciowe jedzenie).

targ owoce

Ten targ to miejsce, dla wszystkich ceniących sobie świeże regionalne produkty, dbających o zdrowie i stawiających przede wszystkim na jakość gwarantującą doskonały smak. Wiem, że brzmi to jak reklama ekskluzywnej restauracji, ale to miejsce naprawdę jest tego warte.

Mercado Central czynne jest w godzinach 8.00-14.30. My byliśmy tam każdego poranka, by zaopatrzyć się w produkty na śniadanie. Mieliśmy szczęście, ponieważ nasz hotel umiejscowiony był w samiutkim centrum, ok 300 metrów od targu.

Co zatem znajdowało się w naszym zakupowym koszyku? Ano przede wszystkim owoce, w tym świeżutkie truskawki, pomarańcze, ale też bardziej egzotyczne okazy jak kumkwaty, czerwone mandarynki, czy nispola (nie wiem jak polsku nazywa się ten kwaskowaty owoc, ale może i dobrze, bo niezbyt mi smakował).

DSC01472To jednak co najbardziej mnie zachwyciło to pieczona dynia sprzedawana na tackach. Nie wiem jaka to odmiana, ale smakowała wybitnie (mimo braku przypraw, oliwy, czy nawet soli). Prosta, pyszna, naturalnie słodka i bardzo zdrowa przekąska.

DSC01489Dla fitmaniaków, ale też dla tych, którzy cukru nie mogą jeść z powodów zdrowotnych, mam dobre wieści – sprzedają tam pyszne ciacha bez cukru (co prawda słodzone malitolem, a nie stewią czy erytrytolem, ale i tak warto spróbować).

targ owoce

DSC01450To jednak, co na Mercado Central zachwyciło mnie najbardziej, to dział rybny.Takiej różnorodności dawno nie widziałam (ba, o większości dostępnych tam gatunków nawet nigdy nie słyszałam). Jedyny minus to fakt, że nie mogłam nic kupić, bo nie miałabym, gdzie przyrządzić (niestety nasz skromny hostelowy pokoik nie był wyposażony w piekarnik). Pozostało więc poszukać już obrobionej rybki. Liczyłam, że może coś wędzonego, ale takich tam niestety nie mają. Kupiłam więc coś co wydawało się dość ciekawe, choć pewnie przez fakt, że nieznane i ładnie wyeksponowane w okrągłym, drewnianym pojemniku. Tym czymś były suszone sardynki. Kupiłam 3 bardzo duże sztuki za 1 euro. I cieszę się, że tylko tyle pieniędzy wyrzuciłam w błoto. Smaku tego ustrojstwa nie da się bowiem opisać słowami, przynajmniej tymi cenzurowanymi. Jeśli jednak miałabym spróbować go do czegoś porównać, to stare skarpety byłyby tu najtrafniejsze. Zdecydowanie nie polecam testować na własnym organizmie. Za to druga morska opcja, która trafiła do naszego koszyka, to ośmiornica z korniszonami, oliwkami i papryką, w octowej zalewie. Przepyszny posiłek w cenie 2 euro/100g.

Na lekki lunch w Walencji warto wybrać się do Zummo Health Bar. Fajna sałatkownia. Działa podobnie jak te, które tak zachwyciły mnie w Dublinie, choć muszę przyznać, że trochę mniejszy wybór dodatków, zwłaszcza mięsa i ryb. Tak czy inaczej zasada jest identyczna – wybierasz sobie sałatę i 3 różna dodatki (jeden z grupy mięsnej – kurczak, indyk, wędzony łosoś, tuńczyk /niestety z puszki i w oleju/, a dwa pozostałe to warzywa, ser feta lub jajko). Na koniec proponują ci jeden z dostępnych dresingów i gotowe. Można też zdecydować się na treściwszą wersję, czyli zamiast sałaty wziąć makaron, bułkę lub gotowana ciecierzycę).

DSC01767

DSC01766Kolacja to w moim przypadku oczywiście rybka. Najlepszą udało się nam zjeść w porcie, a dokładniej na pasażu restauracyjnym ciągnącym się wzdłuż plaży. Podpytaliśmy troszkę miejscowych i polecono nam La Paz. Wybór okazał się znakomity. Choć z zewnątrz nie widać jak eleganckie to miejsce, to już po przekroczeniu progu zorientowaliśmy się, że nie trafiliśmy do smażalni. Na początku obawiałam się, ze ceny uderzą nas po kieszeni podobnie jak klasa tej restauracji biła po oczach, ale nie. Okazało się, że za całkiem sporego, idealnie upieczonego labrakasa zapłaciłam ok 16 euro (jasne, że w Pesca al Peso w Alicante było taniej, ale tamta knajpka to perełka, wyjątek od reguły).  Leo zamówił emperadora i zapłacił podobnie, choć jego porcja była nieco mniejsza.

DSC02285

DSC02284DSC02283Na koniec naszej kulinarnej wycieczki po Walencji pokażę wam, gdzie można sobie pogrzeszyć bez wyrzutów sumienia. W Lodziarni Veneta Galeto Italiano trzeba skusić się na porcje najlepszych lodów w Hiszpanii (i to dosłownie – nagrodę lodziarnia ta otrzymała już po raz drugi z rzędu). Zwycięski smak ma idealną konsystencją, jest gęsty i dość ciężki, co jest prawdopodobnie wynikiem znajdującego się w nim karmelu, czekolady, a nawet ciasteczek. Mega słodkie, mega pyszne i naprawdę warte grzechu.

DSC01817

Tagged under: , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry